Lifehacki: Sportowe wyzwanie – pole dance

2022-04-25

Pole dance, czyli taniec na rurze, jest dyscypliną dość kontrowersyjną, ponieważ większość ludzi kojarzy ją z klubami nocnymi. Pamiętam, że z początku moja mama również była sceptyczna, kiedy powiedziałam jej, że ćwiczę na rurce. Miałam jednak sensowne argumenty. Otóż pole dance ma dwa oblicza, a jednym z nich – tym mniej znanym – jest typowo sportowy charakter.

Co sportowego kryje się w pole dance? Bardzo wiele elementów. Począwszy od siły, przez dobrą kondycję, na porządnej gimnastyce skończywszy. Ćwicząc na rurce, trzeba regularnie się rozciągać, aby osiągnąć piękne szpagaty i odpowiednie rozciągnięcie pleców w niektórych figurach. Dobrze jest regularnie uczęszczać na siłownię lub wykonywać treningi siłowe w domu, przecież wspięcie się na rurkę i utrzymanie ciała w powietrzu wymaga dużej siły. Obroty, układy, konkretne figury, wszystko wymaga siły, rozciągnięcia i kondycji, aby pięknie to ze sobą łączyć. Jednocześnie pokonywanie kolejnych barier własnego organizmu wywołuje bardzo dużo pozytywnych emocji: radość, zadowolenie z siebie, zaspokojenie ambicji, wiarę we własne możliwości.

Skąd w ogóle pomysł na trenowanie pole dance? Zaczęłam trenować pole dance w 2015 roku po operacji i ciężkiej chorobie. Choroba Cushinga, którą przeszłam, bardzo osłabiła mój organizm i obniżyła poczucie własnej wartości. Szukałam sportu, który pomógłby mi odbudować mięśnie i pozwolił wrócić do dawnej formy – zawsze byłam bardzo aktywną osobą. Idąc na pierwszy trening, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Regularnie ćwicząc, zaczęłam osiągać kolejne etapy – najpierw oswajania się z rurką, wykonując obroty, a potem wspinając się na nią.

Długo nie umiałam się wspinać. Miałam za słabe ręce. Dopiero kiedy połączyłam trening pole dance z ćwiczeniami w domu – codzienny zestaw: pompki i brzuszki wzbogacałam w coraz to nowe ćwiczenia – zaczęłam zauważać efekty. Po miesiącu intensywnej pracy wspięłam się na samą górę podstawowym sposobem (są trzy sposoby wspinania się na rurkę). Zauważyłam też, że utrzymywałam się na rurce siłą samych mięśni rąk. Było to wspaniałe odkrycie.

Tak kolejno osiągałam etapy. Pierwszy etap, P0, oswajał z rurką i uczył obrotów. Jak pisałam wyżej, w tym etapie trudnością było dla mnie wspinanie się na rurkę, ale po miesiącu treningów dodatkowych udało mi się to osiągnąć. Następny kamień milowy stanowiły figury tzw. reverse – odwrócone. Dopiero one otwierały drogę do prawdziwego pole dance. Polegały na tym, że trzeba było wskoczyć/wejść na rurkę (w zależności czy siła mięśni rąk pozwalała zrobić to powoli, czy potrzebna była dodatkowa energia zamachu z nóg) i zaczepiając o rurkę nogę zwisać w dół głową. Pierwsza trudność to w ogóle samo odwrócenie się do góry nogami. Zamach na plecy przypomina skok na plecy na wodę, z tym że wiesz, że za plecami masz twardy materac. Chwilę zajęło mi nabieranie odwagi do tego. Dopiero potem zaczęłam walczyć z uniesieniem się i zaczepieniem stopy. W tym czasie stłukłam sobie niesamowicie bardzo nietypowe miejsca na ciele – raz obiłam sobie całą stopę od spodu, raz z boku, a raz od góry. Innym razem przez tydzień nie mogłam spać na boku, bo jak już sięgałam stopą, to obijałam się żebrami. Najtrudniejsze było puścić rurkę rękami i zaufać, że się nie spadnie – w pierwszej figurze reverse zwanej scorpio ciało utrzymywało się na rurce pod kolanem, na skórze w boku tułowia oraz pod pachą. Bolesne przeżycie, ale jakie budujące. Każdy nowy siniak przypominał o walce, jaką toczyłam na treningach. Każdy bolący mięsień budował poczucie własnej wartości. Jestem silna, bo pokonuję własne słabości. Jestem silniejsza, niż byłam tydzień wcześniej, bo osiągnęłam następny etap. To był pozytywny ból. Po osiągnięciu wprawy we wchodzeniu w figurę scorpio dopiero zaczęła się zabawa! W ten sam sposób można było osiągnąć mnóstwo następnych figur, a także z czasem łączyć je i stopniowo zaczynać bardziej skomplikowane. Bardzo dużo radości miałam z samego wejścia i utrzymania następnych figur. Kamila, moja trenerka, zawsze dużo pomagała na początku: od przełamania się aż do podtrzymania, jeśli ktoś miał z czymś trudności. Zazwyczaj po pierwszym razie następne wychodziły już bez pomocy.

Pole dance ćwiczyłam 2-3 razy w tygodniu. Do tego dołączyły treningi siłowe, a także regularne rozciąganie. Po pracy, przed pracą, rano i wieczorem. Kiedy tylko miałam czas. Zaczęłam też chodzić na siłownię. Pewien okres w życiu był poświęcony temu sportowi prawie w całości. Trenowałam praktycznie cały czas. Bardzo się opłacało.

Ciekawostką jest to, że pole dance można trenować w plenerze. Kiedy tylko pogoda na to pozwalała, tzn. było odpowiednio ciepło i słonecznie, wychodziłam ćwiczyć na powietrzu. Nadawały się do tego place zabaw, siłownie zewnętrzne i wszystkie napotkane słupy. Okazuje się, że pole dance można ćwiczyć wszędzie – od siłowni, przez znaki drogowe i przydrożne słupy, aż po… drzewa. Szkoła tańca, do której uczęszczałam na zajęcia, co roku organizowała konkurs na najładniejsze pole-zdjęcie, a jedną z kategorii były właśnie zdjęcia w plenerze. Najbardziej utkwiło mi w pamięci zdjęcie jednej z dziewczyn w zimowym plenerze w lesie na drzewie, podczas wykonywania figury o nazwie „V-ka”.

Obserwowanie zmian w sylwetce i wyglądzie również sprawiało przyjemność. W końcu codzienne treningi przynosiły bardzo wyraźne efekty. Zaczęłam nie tylko cieszyć się z sił, które mi wróciły, ale również z wyglądu. Podczas choroby cierpiałam na bardzo obniżoną samoocenę. Trening pole dance sprawił, że patrzyłam na siebie zupełnie inaczej. Zaczęłam się sobie podobać zarówno fizycznie, jak i duchowo. Jak to mówią, w zdrowym ciele zdrowy duch!

Co mi dał pole dance? Przede wszystkim zmienił moje zdanie o sobie. Po pierwsze, kolejne pokonywanie trudności i osiąganie kolejnych etapów (a wraz z tym coraz trudniejszych figur) wiązało się z podbudowaniem wiary w siebie. Stawałam się psychicznie mocniejsza. Po drugie, na pewnym etapie trzeba było zacząć korzystać z topów sportowych i krótkich spodenek, a odsłonięcie ciała wraz z ćwiczeniami przed lustrem wymuszało na mnie obserwowanie siebie. Najprościej w świecie, obserwując swoje odbicie, doszłam po pewnym czasie do wniosku, że jestem ładna. Poza tym oczywiście ćwicząc, zapominałam o całym świecie, a więc byłam zrelaksowana i odstresowana. Odbudowałam także moje mięśnie i kondycję, na czym mi na początku zależało.

Dzisiaj jestem zupełnie inną osobą niż ta, która zaczęła przygodę z pole dance. Nabrałam pewności siebie, zaczęłam wierzyć w swoje możliwości, pokonywanie własnych słabości stało się czymś naturalnym, nauczyłam się też być asertywna. Dzisiaj mam sprzęt do trenowania pole dance w domu – rurkę, matę do ćwiczeń, ciężarki i kostkę do rozciągania. Treningi pokazały mi, jak mogę sama ćwiczyć w domu, na co zwracać uwagę.

Jeśli chodzi o utrzymywanie diety w tym czasie, to nie miałam z tym większych problemów. Z lekarzem widywałam się dość często (raz na trzy miesiące) z uwagi na fakt, że miałam dość blisko do szpitala. Byłam więc pod stałą opieką. W związku z aktywnym życiem musiałam spożywać więcej kalorii – początkowo stwarzało to dla mnie pewne trudności, które wynikały z problemów żywieniowych powstałych podczas choroby Cushinga. Z czasem jednak wszystko się poukładało.

 

Asia

« Zobacz poprzedni wpis
Zobacz kolejny wpis »