Lifehacki: Podróże z fenyloketonurią

2022-02-17

Pierwsze kroki za granicę

Kiedy byłam dzieckiem, rodzice nie pozwalali mi jeździć na kilkudniowe wycieczki szkolne (np. Zielone Szkoły czy obozy wakacyjne) ze względu na dietę i obawę, czy poradzę sobie z utrzymywaniem jej bez pomocy. Mimo to moja pierwsza wycieczka za granicę odbyła się już w wieku 15 lat. Wtedy dostałam propozycję wyjazdu na wymianę uczniów do Niemiec do miasta partnerskiego mojej rodzinnej miejscowości. Z uwagi na to, że bardzo dobrze się uczyłam, mój nauczyciel bardzo nalegał na ten wyjazd i rodzice dali się przekonać. Pamiętam, że ze względu na dietę opiekunowie wycieczki dostali na kartkach dokładne wytyczne odnośnie PKU przygotowane przez lekarza. Zabrałam ze sobą torbę z jedzeniem i preparatem. Opiekunowie zadecydowali, że ze względu na dietę będę mieszkała u polskiej rodziny, żeby nie było problemów z komunikacją. Nie miałam wtedy problemów z dietą, podczas wyjazdów i wycieczek po Niemczech jadłam to, co wiedziałam, że mogę – warzywa i przygotowane kanapki, a w skrajnych przypadkach – frytki. Rodzina, u której mieszkałam, przygotowywała posiłki zgodnie z zaleceniami. Raz odbyło się wspólne gotowanie dzieci w szkole – wtedy moja grupa miała przygotować coś, co ja też mogłam zjeść.

Wyjazd do Niemiec był moją pierwszą samodzielną przygodą, chociaż wszystko dokładnie przygotowali rodzice, żebym była bezpieczna i zdrowa. Oni przygotowali nauczycieli na moją PKU, a opiekunowie później zwracali uwagę na wyjątkowość mojej diety.

Na głębokich wodach

Prawdziwą przygodą i wyzwaniem był jednak wylot na Alaskę do Anchorage. Było to największe wyzwanie dla mnie, ponieważ tym razem większość spraw musiałam załatwić sama, bez pomocy rodziców (wiza do USA, dofinansowanie z Uczelni i wiele innych spraw urzędowych). Ten wyjazd był nagrodą za przykładanie się do badań i obowiązków podczas moich praktyk na Politechnice Wrocławskiej. Wtedy we współpracy ze studentami z Anchorage badałam tzw. chemiczne ogrody, a efektem pracy była publikacja oraz poster prezentujący wyniki eksperymentów. Zostałam zaproszona przez Profesora z Alaski do przyjazdu i udziału w konferencji naukowej, na której wraz z koleżanką Agnieszką miałyśmy zaprezentować właśnie ten plakat. Pierwotnie w podróż  miał się udać doktor – opiekun moich praktyk, ale postanowił mnie wysłać w nagrodę za owocną i dobrą pracę. Z uwagi na dietę do wyjazdu przygotowania rozpoczęły się na kilka miesięcy przed wylotem. Rodzice wysłali kurierem paczkę z preparatem oraz chlebem niskobiałkowym do Profesora, który zaprosił nas do swojego domu na czas trwania konferencji. Dostałam specjalny dokument od mojej pani doktor – zaświadczenie o potrzebie przyjmowania preparatu i specjalnej żywności w języku angielskim. Było mi to potrzebne podczas kontroli celnych na lotniskach – pierwszą przesiadkę miałam we Frankfurcie –  tu nikt o nic nie pytał, a drugą w Denver – tutaj dokładnie przeszukano mi plecak i zwrócono uwagę na kanapki i preparat. Musiałam pokazać zaświadczenie i powiedzieć, że przewożę lek. Właściwie oprócz zadawania pytań nikt nie robił na lotnisku żadnych problemów w związku z przewożeniem żywności.

Najciekawszym etapem podróży był lot linią Lufthansa z Franfurtu nad Menem do Denver. Dowiedziałam się wtedy, że w samolocie linii Lufthansa można zamówić przed wylotem specjalne dania dla określonych wymagań żywieniowych. W Lufthansie oferowano obiad, którego nie mogłam zjeść, ale panie stewardessy dostarczyły mi wszystkie warzywa, jakie tylko mogły, żebym zjadła cokolwiek (dużo, dużo, dużo sałaty…). Nawet pan lecący obok mnie odstąpił mi swoją porcję marchewek. Oficjalnie dostałam ksywkę pokładową „Zajączek”. Oczywiście miałam ze sobą swój zestaw kanapek na podróż, ale z dostępu do świeżych warzyw chętnie skorzystałam.

Tydzień na Alasce był bardzo wymagający. To piękna kraina, pełna lasów i dzikiej przyrody, ale z uwagi na położenie geograficzne (blisko koła podbiegunowego) jest tam ubogo z warzywami i owocami. Dlatego moi znajomi z Anchorage objadali się owocami i warzywami podczas przyjazdów do Polski, a z kolei ja przebywając na Alasce, musiałam bardzo uważać na dietę. W domu po wstaniu zjadałam preparat i chleb niskobiałkowy przesłany paczką kilka tygodni przed moim przyjazdem, bochenek zabierałam też ze sobą na wszelki wypadek na cały dzień. Śniadanie, obiad i kolacje miałam dostępne w stołówce akademickiej, tamtejsze dania były bardzo tajemnicze. Nie były opisane, a nie mając pewności co do składu, nie jadłam eksperymentalnych potraw. Na śniadanie codziennie były marynowane gruszki (nigdy wcześniej takich nie jadłam), dżemy i dużo smażonych dań, z których wybierałam potrawy warzywne. Łączyłam wszystko z zabieranym z domu chlebem. Na obiad również starałam się wybierać warzywa, chociaż czasami zdarzało się, że nie było dostępne nic z odpowiednich dla mnie składników – wtedy zagryzałam chleb i zwiedzałam dalej.

Raz z ciekawości udałam się z Agnieszką do restauracji, aby zobaczyć potrawy. Nie zapadło mi nic specjalnego w pamięć – dostałyśmy szklankę wody (wodę dolewali za darmo cały czas), a ja zjadłam frytki z ketchupem. Co prawda miały nieco inny kształt przypominający łódeczki, ale wciąż frytki to tylko smażone kartofle. Z kolei owoce na Alasce to rzadkość i rarytas, chyba dlatego szczególnie dobrze zapamiętałam wizytę w takiej jakby cukierni – wszystko można było nakładać do miseczki lub na wafel, a na końcu kasjer kasował całość na wagę. Można było tam zjeść owoce każdego rodzaju: zarówno świeże, jak i przetworzone. Miałam wtedy okazję spróbować pysznego owocowego deseru – dobrałam wszystkie rodzaje owoców, jakie tylko były dostępne, polałam całość syropem i doprawiłam odrobiną bitej śmietany.

Pod względem diety wyjazd na Alaskę był trudny, natomiast pod każdym innym była to fascynująca przygoda – chyba największa w moim dotychczasowym życiu. Pierwszy raz podróżowałam zupełnie sama, bez niczyjej pomocy. Pierwszy raz leciałam samolotem. Pierwszy raz musiałam sama o wszystko zadbać i pomyśleć, sama decydować o wielu rzeczach. Zwiedziłam wtedy piękne lodowce, których nigdy nie zapomnę, poznałam wspaniałych ludzi, z którymi uczyłam się porozumiewać w języku obcym. Spotkałam oko w oko łosia i niedźwiedzia.  Jestem bardzo dumna, że dałam radę temu wyzwaniu.

Tropikalna niespodzianka

Latanie samolotem bardzo mi się spodobało, mimo że wiele osób straszyło mnie, że jest nieprzyjemne. Czekałam na następną okazję na wycieczkę. Zdarzyła się ona niespodziewanie, bo Piotr, mój narzeczony, zabrał mnie na wycieczkę niespodziankę na Teneryfę na Wyspach Kanaryjskich. Tu również spędziłam tydzień, tym razem bardzo intensywny. Zwiedziliśmy całą wyspę, podziwiając niesamowite krajobrazy. Grzaliśmy się w gorącym majowym słońcu. Szczególnie duże wrażenie robiły na nas skaliste urwiska i wysokie góry oraz różnorodność krajobrazu – od nadmorskich klifów, przez tętniącą zielenią północną częścią wyspy aż po surowy krajobraz wokół wulkanu El Teide. Najciekawszym wydarzeniem były czterogodzinne zmagania z olbrzymimi falami podczas szalonego śmigania skuterami wodnymi oraz nurkowanie na głębokość 20 m (nigdy wcześniej nie nurkowałam!).

Z uwagi na to, że Wyspy Kanaryjskie należą do Hiszpanii, nie było problemu z przewożeniem żywności. Oczywiście na wszelki wypadek miałam przy sobie zaświadczenie o preparacie, ale po drodze nikt o nic nie pytał. Jeśli chodzi o utrzymywanie diety, w tym rejonie było to dużo prostsze niż na Alasce – głównie ze względu na to, że pełno tam jest przepysznych dojrzałych owoców. Szczególnie zajadałam się niesamowitymi bananami, które smakowały zupełnie inaczej niż w Polsce. W sklepach również był normalny dostęp do warzyw.

Pozostając w klimacie tropików, zwiedziliśmy jeszcze Sycylię, Sardynię i Cypr. Na każdej z tych wysp rozkoszowałam się smakiem wspaniale dojrzałych owoców, a dostęp do sklepów sieci LIDL sprawiał, że utrzymanie diety było stosunkowo łatwe. W Lidlach można było znaleźć produkty bezglutenowe o niskiej zawartości białka. Robiliśmy zakupy w markecie i gotowaliśmy potrawy w domu. Na każdej z tych wysp odkrywaliśmy niesamowite widoki, wspaniałe miejsca i przeżywaliśmy fascynujące przygody. Mamy nadzieję w przyszłości dalej zwiedzać piękne tropikalne wyspy, kolejnym naszym celem jest Madera.

« Zobacz poprzedni wpis
Zobacz kolejny wpis »