Fenymenalna Maja,

20 lat

podróżniczka

Mam na imię Maja i mam 20 lat. Fenyloketonuria była dla mnie zawsze tylko częścią mnie. Nigdy nie użalałam się, że nie mogę czegoś jeść. Po prostu tak było. Z biegiem czasu zaczęłam być też jej poniekąd wdzięczna. Od zawsze kochałam zwierzęta i mimo, że na początku życia dla wszystkich decyzja o jedzeniu mięsa jest nieświadoma, to teraz jestem wdzięczna ze nie musiałam nigdy żadnego z nich zjeść. Ale zaczynając o mojej historii: Spełnianie moich marzeń zaczęło się 2 lata temu, kiedy kończąc liceum zastanawiałam się na jakie studia chce pójść. Nagle zdałam sobie sprawę, że wcale nie muszę iść od razu na studia, jak to wszyscy robią, a mogę zabrać się za spełnianie marzeń teraz, kiedy mam na to czas i możliwości. I od razu podjęłam decyzje o tym, co będę robić w następnym roku. Chciałam zobaczyć świat, doświadczyć go, innych kultur, samodzielności i przez nawet chwile nie pomyślałam, że fenyloketonuria mogłaby być jakąkolwiek przeszkodą!

W ciągu roku zwiedziłam głównie Europę- Hiszpanie, Francję, Niemcy, Szwajcarię, Rumunię, Anglię i Maltę. Każda moja wyprawa miała w sobie jakąś cząstkę wyzwania. Najczęściej były to wyprawy autostopowe, gdzie, żeby dostać się do celu byłam zdana tylko na łaskę ludzi. Pakowałam preparaty do plecaka, dwa bochenki chleba pku i jechałam. Na Malcie moim wyzwaniem było okrążenie całej wyspy w tydzień, co też zakończyłam powodzeniem. Jedynym krajem spoza Europy było Maroko, gdzie po locie również przemieszczałem się autostopem. Razem z koleżanka, wracając już na lotnisko po tygodniu pobytu w tym kraju, nie zdążyłyśmy na samolot i tak znalazłam się w Maroku, bez lotu z preparatami na dwa dni. Opcje miałam dwie: albo kupić lot na dzień następny, który był dość drogi, albo na za tydzień, który był w bardziej korzystnej cenie. I zaczęłam kombinować. Napisałam na grupie na Facebooku „PKU FENYLAKI” o mojej sytuacji, tam ktoś skontaktował mnie z dziewczyną mieszkająca w Madrycie, która miła kontakty z ludźmi chorymi na fenyloketonurię z różnych krajów. Kombinowania było dużo. Najpierw miała wysłać mi preparaty przesyłką ekspresową z Hiszpanii, jednak finalnie udało się, że skontaktowała mnie z mężczyzna z Maroka który, mimo że preparaty w tym kraju są płatne, miał przekazał mi je za darmo. I tak, chociaż ciężko było się z nim dogadać, ponieważ mówił tylko po arabsku, spotkałam się z nim na dworcu, gdzie przekazał mi preparaty na kolejny tydzień. Tak sytuacja, która dla wielu byłyby sytuacją bez wyjścia zakończyła się sukcesem. Mogłam cieszyć się kolejny tydzień pobytem w tym pięknym kraju. W tym roku rozpoczął się mój kolejny rok podróżowania. Zaczęłam od trzytygodniowej wyprawy najpierw autostopem do Barcelony, a następnie z stamtąd moim elementem wyzwania było złapanie jachtostopa na hiszpańskie wyspy, co także się udało. Moja choroba nie była tu ani trochę przeszkodą, dzięki temu, że moje preparaty są w proszku ich waga nie sprawiła mi wiele problemu, a do plecaka również zmieściło się trochę chleba na ten czas. Potem pojechałam autostopem do Turcji, gdzie pojechałam bez grosza przy duszy. To był mój element wyzwania i próba czy to faktycznie jest możliwe. Na trasie spotkałam wielu wspaniałych ludzi i choć nigdy o jedzenie nie prosiłam, zawsze dostawałam je, jak i miejsce do spania. Zaczęłam dalsze podróże. Najpierw wolontariat w Kazachstanie gdzie pojechałam z grupą znajomych na trzy tygodnie, by pomagać Polonii tam się znajdującej. Następnie, ponieważ moim marzeniem od dawna było wyjechanie na wolontariat do biednego kraju na dłuższy czas, zdobyłam kontakt do ojców bernardynów, którzy prowadzą parafie w Ekwadorze, gdzie pojechałam na trzy miesiące. Załatwiłam wcześniej receptę na preparaty, zajmowały pół mojej walizki, wzięłam trzy bochenki chleba i pojechałam. Tam mogłam prowadzić zajęcia z angielskiego dla dzieci, budować dom, remontować, ale przede wszystkim doświadczać czegoś innego – innej kultury, ludzi, życia na drugiej półkuli ziemskiej. Gotowałam sobie sama, wiec dużo się tam poduczyłam. Oczywiście chleb po kilku tygodniach się skończył, wiec zaczęłam kombinować z warzywami i wieloma dostępnymi tam gatunkami owoców. Jednak nie było ciężko. Dużo ważniejsze było dla mnie, że mogę być w takim miejscu, robić coś dobrego, spełniać marzenia, wiec troszkę kombinowania z jedzeniem nie sprawiało mi problemu. Wróciłam do Polski na tydzień. Wziąć preparaty, które czekały na mnie dzięki recepcie, którą oddała moja mama. W kraju musiałam w tym krótkim czasie nadrobić cała moją nieobecność przez spotkania z rodziną i przyjaciółmi. Następnie wyjechałam ze znajomymi na 10 dni do Hiszpanii, gdzie mogłam cieszyć się ciepłem na plażach, ponieważ mój kolega uczy się tam na Erasmusie. Stamtąd wyjechałam do Meksyku na półtora miesiąca, gdzie obecnie się znajduję. Po moim dwutygodniowym pobycie u znajomych w domu, ruszam w trasę do sanktuarium dla uratowanych zwierząt, gdzie będę wolontariuszka przez tydzień a w weekendy będę zwiedzać okolice. Przyjechałam tu jedynie z plecakiem, którego połowa zapełniona jest preparatami. Z jedzenia pku nie wzięłam nic, ponieważ wiem, że nauczyłam się już kombinować z owocami i warzywami i nie jest mi to konieczne.

Kiedy opowiadam ludziom tutaj o mojej chorobie, że nie mogę jeść białka i zastanawiają się, co mi przyrządzić, mówię im w skrócie ze mogę wszystkie owoce i warzywa oczywiście bez strączkowych. Nie jest to żadnym ograniczeniem, jeśli chodzi o podróże. Dieta nigdy nie była jakimś ciężarem dla mnie i chce to tez pokazać wszystkim z pku, że jeśli się chce, to naprawdę można zrobić wszystko, tylko nie można skupiać się czego nie możemy jeść, tylko na tym co możemy robić i ciągle próbować i nie poddawać się nigdy! Dieta to tak mała cząstka i naprawdę można szczęśliwie przeżyć życie i doświadczyć wiele, jeśli nie będziecie patrzeć na fenyloketonurię jako obciążenie! Szukajcie zawsze rozwiązań, a je znajdziecie!

« Zobacz poprzednią fenymenalną historię
Zobacz kolejną fenymenalną historię »